Kostki gitarowe vol.1

Od samego początku nauki gry na gitarze próbowałem ćwiczyć palcami. Swierdziłem, że to jest wygodniejsze szczególnie, że miałem wtedy jedynie akustyka i na nim uczyłem się grać. Wiadomo, gitara akustyczna sama w sobie jest głośna więc granie piórkiem byłoby nie do zniesienia. Kostek używałem jedynie w momencie, kiedy byłem sam w domu, aby nikomu zwyczajnie nie przeszkadzać. Pierwszą moją kostką był Dunlop o rozmiarze bodajże 0.88 mm. W późniejszym okresie, po zakupie elektryka, przerzuciłem się na granie Dunlopem Ultex Jazz III – jedne z najwygodniejszych kostek. Bardzo dobrze trzyma się między palcami dzięki chropowatej powierzchni, nie wyślizguje się podczas intensywniejszego grania.

dunlop_427p_ultexjazziii

Kolejną kostką, która pojawiła się u mnie kilka dni temu jest dobrze znana z filmu „Kostka przeznaczenia” Pick of Destiny od firmy Clayton. Kostka ta posiada 3 różnej grubości rogi co daje jej maksimum uniwersalności. Dość wygodna, nie gnie się i nie wyślizguje z ręki podczas mocniejszego kostkowania czy szybszych partii.

clayton-pick-of-destiny-functional_m

Kolejną kostką w mojej skromnej kolekcji jest Clayton Plektrum S-Stone 2.50 Jadeit. Kostka o wymiarach standardowych, z wgłębieniami na palce umożliwia bardzo dokładne trzymanie kostki. Chropowata powierzchnia zapobiega wypadaniu kostki z ręki a grubość 2.50mm świetnie nadaje się do grania na basie.

product_thumb-php

Wpis ten został poświęcony kostkom, które dotarły do mnie we wtorek i zdążyłem je ograć w tym czasie.

Stay rock!

Nowa Metallica – hit czy kit?

Jak wszyscy wiemy, kilka dni temu miała swoją premierę kolejna płyta Metalliki – „Hardwired.. To Self Destruct”. Był to niezły hype, ponieważ od ośmiu lat Metallica nie wypuściła żadnego albumu. Jedni twierdzą, ze ten krążek jest do kitu, natomiast inni – że to powrót starej Mety z czasów „Kill’em All” lub „Ride the Lightning”. Jak dla mnie płyta wypadła całkiem dobrze. Dość dynamiczne riffy, w miarę utrzymane tempo Larsa na które wszyscy narzekali. Głos James’a nadal wciska w fotel podczas słuchania. Może nie jest to mistrzostwo świata ani zupełny szczyt formy Metalliki na jaki wszyscy czekali, aczkolwiek panowie trzymają poziom. Ja upatrzyłem sobie najbardziej utwory „Moth into Flame”, „Dream No More”, „Now That We’re Dead” oraz „Murder One” jako hołd zmarłemu w zeszłym roku Lemmy’emu Kilmisterowi z Motorhead. Wbrew wszelkim prześmiewczym opiniom, że Meta „skończyła się na Kill’em All”, moje odczucia wobec tej płyty są jak najbardziej pozytywne. Pełne energii kawałki, dobre partie rytmiczne i całkiem niezłe solówki tylko poprawiają to wrażenie. Po ośmiu latach, zastępca „Death Magnetic” zrobił swoją robotę doskonale. 

Jeśli znajdę czas i moje palce wrócą do pełnej formy, spróbuję swoich sił z coverami najnowszej Metalliki.

Pozdrawiam i radujcie się nią wszyscy!